Pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy wpisałem w wyszukiwarkę vavada logowanie. Był wtorek, chyba listopad, bo za oknem szarzyzna taka, że człowiek miał ochotę wcisnąć się pod koc i nie wychodzić do końca świata. Wróciłem z pracy, której nienawidzę, do mieszkania, w którym czuję się jak intruz. Lodówka szumiała, sąsiad z góry znowu tupał, a ja siedziałem na krześle i patrzyłem w ścianę. Nie wiem, ile minut minęło. Może dziesięć, może czterdzieści. W głowie miałem tylko jedno: cokolwiek, byle nie czuć tego ciężaru, który przygniatał mnie od miesięcy.
Wtedy właśnie trafiłem na vavada logowanie. Reklama wyskoczyła gdzieś między artykułem o zdrowym odżywianiu a filmikiem z kotem. Kliknąłem bez myślenia. Ot, kolejny link, kolejna strona, kolejna szansa na rozproszenie uwagi. Zarejestrowałem się w kilka minut. Nick? Wpisałem byle co. Mail? Stary, którego i tak nie sprawdzam. Hasło? Zresztą nieważne. Ważne, że nagle miałem przed sobą ekran pełen kolorów, świateł, dźwięków. Coś się działo. Cokolwiek.
Pierwsze dni były frustrujące. Wpłaciłem sto złotych, potem drugie sto. Grałem w automaty, bo nie miałem pojęcia o pokerze ani ruletce. Klikałem, czekałem, przegrywałem. Klikałem znowu. Zero emocji, tylko ta głucha cisza w środku, kiedy saldo spada do zera. Powtarzałem sobie, że to bez sensu, że to głupota, że przecież mam inne problemy. Ale wracałem. Bo kiedy ekran migał, kiedy pojawiały się te głupie dźwięki, nie myślałem o rzeczach, które bolały. O rozmowie, która się nie odbyła. O ludziach, którzy odeszli. O tym, że mam trzydzieści pięć lat i nie wiem, kim jestem.
Któregoś wieczoru, chyba w piątek, usiadłem do komputera z mocnym postanowieniem: ostatni raz. Wpisałem vavada logowanie, zalogowałem się i postanowiłem, że wydam dwadzieścia złotych. Ani grosz więcej. Wybrałem jakiś slot, który nazywał się jakoś absurdalnie, chyba o egipskich skarbach. Zacząłem grać. Pierwsze spiny – nic. Drugie – nic. Trzecie – jakaś mała wygrana, może pięć złotych. Wzruszyłem ramionami. Piąty spin. Szósty. Siódmy. I wtedy coś się stało. Ekran zawirował, pojawiły się symbole, których nie rozumiałem, a na dole licznik zaczął rosnąć. Sto złotych. Dwieście. Pięćset. Tysiąc. Siedziałem jak skamieniały. Serce waliło mi tak, że słyszałem je w uszach. Nie krzyczałem, nie skakałem. Po prostu patrzyłem, jak liczba rośnie. Skończyło się na trzech tysiącach dwustu złotych.
Wypłaciłem wszystko. Następnego dnia konto było zasilone. Patrzyłem na wyciąg z banku i nie wierzyłem. To nie były pieniądze, które zmieniają życie. Ale to był moment, w którym poczułem coś innego niż pustkę. Coś jak iskra. Jakby ktoś powiedział: „Widzisz? Może jednak coś ci się należy”. Brzmi głupio, wiem. Ale wtedy, w tamtym momencie, to było jak dotknięcie czegoś realnego.
Od tego czasu minęło kilka miesięcy. Nie gram codziennie. Czasem wchodzę, żeby sprawdzić vavada logowanie, czasem zagram za kilka złotych, czasem wygram, czasem przegram. Ale nie o wygrane tu chodzi. Chodzi o to, że tamten wieczór dał mi coś, czego nie dała mi żadna terapia, żadna rozmowa, żadna książka. Dał mi chwilę, w której przestałem uciekać. Bo kiedy wygrywałem, nie musiałem myśleć o tym, od czego uciekam. A kiedy przegrywałem, też nie musiałem. Po prostu byłem. Przy ekranie. Z dźwiękami, kolorami, ruchem.
Nie mówię, że to zdrowe. Nie mówię, że to mądre. Mówię tylko, że czasem człowiek potrzebuje czegoś, co go na chwilę wyłączy. A ja znalazłem to przypadkiem. I choć tamten wieczór nie rozwiązał moich problemów, to dał mi coś, czego nie miałem od dawna: poczucie, że jednak coś się dzieje. Że nie stoję w miejscu. I choćby to było złudzenie, to w tamtej chwili było moje.
Dziś patrzę na to inaczej. Wiem, że ucieczka to nie rozwiązanie. Ale wiem też, że czasem trzeba uciec, żeby przetrwać. A potem wrócić. I może właśnie o to chodzi. Nie o wielkie wygrane. O małe przebłyski. O momenty, w których można odetchnąć.
Wtedy właśnie trafiłem na vavada logowanie. Reklama wyskoczyła gdzieś między artykułem o zdrowym odżywianiu a filmikiem z kotem. Kliknąłem bez myślenia. Ot, kolejny link, kolejna strona, kolejna szansa na rozproszenie uwagi. Zarejestrowałem się w kilka minut. Nick? Wpisałem byle co. Mail? Stary, którego i tak nie sprawdzam. Hasło? Zresztą nieważne. Ważne, że nagle miałem przed sobą ekran pełen kolorów, świateł, dźwięków. Coś się działo. Cokolwiek.
Pierwsze dni były frustrujące. Wpłaciłem sto złotych, potem drugie sto. Grałem w automaty, bo nie miałem pojęcia o pokerze ani ruletce. Klikałem, czekałem, przegrywałem. Klikałem znowu. Zero emocji, tylko ta głucha cisza w środku, kiedy saldo spada do zera. Powtarzałem sobie, że to bez sensu, że to głupota, że przecież mam inne problemy. Ale wracałem. Bo kiedy ekran migał, kiedy pojawiały się te głupie dźwięki, nie myślałem o rzeczach, które bolały. O rozmowie, która się nie odbyła. O ludziach, którzy odeszli. O tym, że mam trzydzieści pięć lat i nie wiem, kim jestem.
Któregoś wieczoru, chyba w piątek, usiadłem do komputera z mocnym postanowieniem: ostatni raz. Wpisałem vavada logowanie, zalogowałem się i postanowiłem, że wydam dwadzieścia złotych. Ani grosz więcej. Wybrałem jakiś slot, który nazywał się jakoś absurdalnie, chyba o egipskich skarbach. Zacząłem grać. Pierwsze spiny – nic. Drugie – nic. Trzecie – jakaś mała wygrana, może pięć złotych. Wzruszyłem ramionami. Piąty spin. Szósty. Siódmy. I wtedy coś się stało. Ekran zawirował, pojawiły się symbole, których nie rozumiałem, a na dole licznik zaczął rosnąć. Sto złotych. Dwieście. Pięćset. Tysiąc. Siedziałem jak skamieniały. Serce waliło mi tak, że słyszałem je w uszach. Nie krzyczałem, nie skakałem. Po prostu patrzyłem, jak liczba rośnie. Skończyło się na trzech tysiącach dwustu złotych.
Wypłaciłem wszystko. Następnego dnia konto było zasilone. Patrzyłem na wyciąg z banku i nie wierzyłem. To nie były pieniądze, które zmieniają życie. Ale to był moment, w którym poczułem coś innego niż pustkę. Coś jak iskra. Jakby ktoś powiedział: „Widzisz? Może jednak coś ci się należy”. Brzmi głupio, wiem. Ale wtedy, w tamtym momencie, to było jak dotknięcie czegoś realnego.
Od tego czasu minęło kilka miesięcy. Nie gram codziennie. Czasem wchodzę, żeby sprawdzić vavada logowanie, czasem zagram za kilka złotych, czasem wygram, czasem przegram. Ale nie o wygrane tu chodzi. Chodzi o to, że tamten wieczór dał mi coś, czego nie dała mi żadna terapia, żadna rozmowa, żadna książka. Dał mi chwilę, w której przestałem uciekać. Bo kiedy wygrywałem, nie musiałem myśleć o tym, od czego uciekam. A kiedy przegrywałem, też nie musiałem. Po prostu byłem. Przy ekranie. Z dźwiękami, kolorami, ruchem.
Nie mówię, że to zdrowe. Nie mówię, że to mądre. Mówię tylko, że czasem człowiek potrzebuje czegoś, co go na chwilę wyłączy. A ja znalazłem to przypadkiem. I choć tamten wieczór nie rozwiązał moich problemów, to dał mi coś, czego nie miałem od dawna: poczucie, że jednak coś się dzieje. Że nie stoję w miejscu. I choćby to było złudzenie, to w tamtej chwili było moje.
Dziś patrzę na to inaczej. Wiem, że ucieczka to nie rozwiązanie. Ale wiem też, że czasem trzeba uciec, żeby przetrwać. A potem wrócić. I może właśnie o to chodzi. Nie o wielkie wygrane. O małe przebłyski. O momenty, w których można odetchnąć.

