Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Jak przestałem uciekać od rzeczywistości i w końcu ją polubiłem
#1
Pamiętam ten dzień jak dziś. Był listopad, szaro, mokro i ponuro. Siedziałem w wynajętym mieszkanku na warszawskim Mokotowie, patrzyłem w sufit i zastanawiałem się, po co właściwie wstaję rano. Właśnie straciłem pracę w korpo – niby nic wielkiego, ot kolejny etat w kolejnym open space, ale dla mnie to był koniec świata. Trzy lata harówki, nadgodziny, projekty, które nikogo nie obchodziły, i nagle – wypowiedzenie. Człowiek myśli, że jest potrzebny, a tu zonk. I wtedy, kompletnie przypadkiem, trafiłem na stronę, gdzie trzeba było przejść przez vavada registration. Nawet nie pamiętam, skąd wziąłem ten link. Może z jakiegoś forum, może z reklamy, która wyskoczyła mi w środku nocy, kiedy nie mogłem spać. W każdym razie – zalogowałem się. Ot tak, żeby zrobić cokolwiek, żeby zagłuszyć tę pustkę, która rozsiadła się we mnie jak nieproszony gość.

Na początku było fatalnie. Wpłaciłem sto złotych, myśląc, że to przecież nic wielkiego, jedna kolacja w mieście, dwa kawy na mieście. I te sto złotych zniknęło w ciągu dosłownie piętnastu minut. Klik, klik, klik – i po kasie. Poczułem się jeszcze gorzej. Jakby ktoś potwierdził to, co myślałem o sobie od tygodni: jesteś frajerem, stary. Nic ci nie wychodzi, nawet głupia gra. Zamknąłem laptopa, poszedłem spać o dziewiątej wieczorem, co mi się nie zdarzyło od czasów podstawówki. Następnego dnia obudziłem się z dziwnym uczuciem. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że przez te piętnaście minut nie myślałem o wypowiedzeniu, o czynszu, o tym, że moi rodzice patrzą na mnie z tym swoim cichym rozczarowaniem. Po prostu byłem. Skupiony na jednej rzeczy. To było dziwne, ale... kojące.

Postanowiłem spróbować jeszcze raz. Tym razem na spokojnie. Zrobiłem vavada registration jeszcze raz – bo poprzednie konto jakoś mi się zawieruszyło – i tym razem wpłaciłem dwieście złotych, ale z zasadą: gram tylko wtedy, kiedy czuję, że zaraz zwariuję od tego całego syfu w głowie. Brzmi jak terapia? Może i tak. Ale wtedy nie miałem kasy na terapię. Miałem za to laptopa, internet i potrzebę ucieczki. I wiecie co? Zaczęło się kręcić. Nie od razu, nie w jakimś wielkim stylu. Najpierw wygrałem stówkę, potem drugą. A potem – pamiętam to jak dziś – wpadłem na slocie za dwadzieścia złotych i wyciągnąłem tysiąc dwieście. Siedziałem na tym krześle jak sparaliżowany. Serce waliło mi jak oszalałe. Spojrzałem na ekran, potem na swoje ręce, potem znowu na ekran. I wtedy coś we mnie pękło. Nie chodziło o pieniądze, choć akurat wtedy były bardzo potrzebne. Chodziło o to, że poczułem się... sprawczy. Jakbym miał wpływ na coś, na cokolwiek.

Od tamtej pory minęło pół roku. Nie zostałem milionerem, nie rzucam pracy (bo mam nową, lepszą), nie opowiadam wszystkim dookoła, że kasyno to droga do szczęścia. Ale powiem wam jedno – tamten wieczór, kiedy przez vavada registration po raz pierwszy poczułem, że mogę coś wygrać, dał mi coś, czego nie dały mi ani rozmowy z psychologiem, ani tabletki, ani rozmowy z kumplami przy piwie. Dał mi chwilę wytchnienia. A czasem właśnie ta jedna chwila wystarczy, żeby przetrwać kolejny dzień. Teraz gram rzadko, z głową, zawsze stawiam sobie limit i nigdy nie przekraczam go ani o złotówkę. Traktuję to jak rozrywkę, taką samą jak kino czy książka. Ale tamten pierwszy raz, ten listopadowy wieczór, kiedy byłem na dnie i przypadkiem zrobiłem vavada registration – to była iskra. Nie wiem, czy los, czy przypadek, czy po prostu głupota. Wiem jedno: czasem trzeba uciec, żeby zrozumieć, że wcale nie chce się uciekać. I że rzeczywistość, choć czasem boli, może być całkiem znośna. Zwłaszcza gdy wiesz, że zawsze możesz na chwilę zniknąć – a potem wrócić.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości